So it’s been a while… Troche czasu minęło od ostatniego postu. Nie to żeby nie było o czym pisać, ale wena zmienna jest.
Tak więc co nowego? Przede wszystkim skasowany samochód. Aha, tak właśnie. Wracaliśmy ze świąt pod koniec grudnia i na początku Szczecina, wkleiła się w nasze UNO kobieta prowadząca jakiegoś nowego opla, peżota czy coś. Wjeżdżała z drogi podporządkowanej, nie spojrzała w prawo, my mieliśmy zielone, było ciemno. Przywaliła w nas tak, że znaleźliśmy się na drugim pasie, a właściwie w połowie na poboczu. Na szczęście wszyscy cali. Oprócz wozu, którego już nie opłacało się naprawiać i został sprzedany na części za 500 zł. Całe zdarzenie miało miejsce na początku Szczecina na Struga.
Policja, nerwy, afera z brakiem dokumentów… Tak, raz w życiu jechałem bez dokumentów (tj. bez prawka, OC i dowodu rejestracyjnego), które gdzieś się zawieruszyły przy świątecznym pakowaniu. Dlatego właśnie całą drogę starałem się jechać maksymalnie przepisowo, nie śpieszyć się itd. itp. No i masz. Sprawdziła się zasada, że nie ważn, czy jedziesz przepisowo, droga i tak nigdy nie jest pewna, bo może nawalić drugi kierowca. I nawaliła.
Najlepsze jest to, że kobieta najpierw uderzyła na czerwonym w jeden samochód, wezwali policję i chciała zjechać na parking. I wjechała w nas. I to nie był jej samochód. Właścicielka siedziała obok. Za przeproszeniem - ja pierdole. Nie wiem kto miał większego pecha - my jadąc przepisowo, żeby uniknąć takiej sytuacji, czy ta rozpłakana kobieta jeżdżąca jak jej się podoba…
Potem cała przeprawka z policją, bo brak dokumentów. Żonka w taksówkę do domu na poszukiwania, które nie mogły się udać, bo jak się okazało, papierki były cały czas z nami w plecaku między gazetami. Tak… Dzizus! 150 zł mandatu, wizyta na policji i wyjaśnienia. Trzy strony protokołu zapisanego drobnym maczkiem (współczucia dla pana policjanta wypisującego), półtora godziny.
Później lawety, wizyta w Filar (firma w której sprawczyni miała OC), niezbyt przyjemna i pomocna obsługa klienta. Minimalna kwota odszkodowania, masa nerwów i przepraw telefonicznych, bo czemu tak mało - 3000 zł…
Na szczęście cała ta historia dobiega do umiarkowanego happy endu. Przyszło odszkodowanie, samochód sprzedany na części, wyrejestrowany itd. Pozostało wyciągnąć z tego filara jeszcze różnice w cenie auta po szkodzie, bo jak się okazuje zawyżyli o 1400 zł. Tak właśnie robią - zaniżają wartość auta przed szkodą i zawyżają wartość po szkodzie, żeby jak najmniej wypłacić. Szkoda, że nikt nie policzy wykonach telefonów, nerwów, straconego czasu itp. Eh.
Jeszcze likwidacja OC w PZU i poszukiwania nowego wozu. I znowu rejestrowanie ubezpieczanie, naprawianie, tankowanie. Bo lubimy się wozić ![]()
Nie życzę takich “przyjemności” nikomu.
Pocieszam się, że dobrze, że nie zatankowałem do pełna i nie umyłem go na święta…
W przyszłym tygodniu wyprawa do Berlina. Może znajdziemy tam z teściem coś ciekawego.
Mała wizualizacja tego co się stało:
Blogged with Flock





Wyślij Komentarz